sobota, 30 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ I



- Łap! – krzyknął Ryan rzucając w moją stronę łuk oraz zapas strzał wsuniętych do pasa. – Dzisiaj będzie niezła zabawa!
- Nie wątpię… - odpowiedziałam sucho, przypinając pas.
- Co Cię gryzie? – zapytał spoglądając na mnie ze zmartwieniem.
- Dobra, nie będę owijać w bawełnę – mamy złapać wiedźmę!
- Przecież od tego jesteśmy. – po głosie można było poznać, że myślał, że to co mnie martwi, będzie poważniejszą sprawą.
- Ale ona ucieka już od dawna. Wiesz ilu łowców zabiła!? Skąd masz pewność… kto Ci powiedział, że nas to też nie spotka!?
- Teraz to pojechałaś! Od kiedy to Ci zależy na życiu?  - powiedział siadając na stole. – A tak w ogóle.. – na powrót wstał i przysunął się szepcząc mi do ucha – jakby ktoś dowiedział się, że… - zaczął mówić coraz ciszej – że martwisz się o swoje życie, a nie o to, czy ta flądra dalej żyje, to po prostu… BAM!!! – Krzyknął, tak, że aż się przestraszyłam. – I już nas tu nie ma… wylatujemy n a  z b i t y  p y s k – przeliterował dokładnie akcentując każdą literkę, jakby był na konkursie recytatorskim w przedszkolu.
- Dobra, OK. jak już mamy zginąć to już chodźmy. – powiedziałam przekładając łuk przez ramię
- No! Wreszcie nasza Torii powróciła! Dalej ruszaj się. – zaczął mnie wypychać za drzwi.
- Sama umiem wyjść, mam nogi! – krzyknęłam odpychając go.

Chwilę później staliśmy we mgle, w mroku, przed lasem, który rozciągał się w nieskończoność.
- Czujesz coś? – przerwałam ciszę.
- Tak. – zamknął oczy. – nie spodziewa się nas. Hm… zabawne… - uśmiechnął się – chce wtopić się w tło. Zamieniła się w sarnę – otworzył oczy i spojrzał się swoimi uroczymi szarymi oczami na mnie. – ma czarną plamkę na prawym udzie.
- Coś jeszcze?
- Gonimy ścierwę do skutku.  Sprawdź, gdzie jest.
Przytaknęłam głową, ukucnęłam i dotknęłam ręką mokrej trawy. Tak było o wiele lepiej, widziałam znacznie więcej. Gdzieś po drzewie biegała ruda wiewiórka, gdzieś indziej wilk polował na sarnę… przeczesałam cały las, aż w końcu… sarna… skubiąca trawę na polanie. Spróbowałam zobaczyć ją od strony prawej… spojrzałam na udo… i wtedy dostrzegłam… małą, czarną plamkę odbijającą blask księżyca…
- JEST!!! –krzyknęłam podrywając się z ziemi.
- Gdzie?!
- Na południowym wschodzie, około dwadzieścia kilometrów od nas.
- Gotowa? – zapytał Ryan kładąc rękę na moim ramieniu.
- Jeszcze się pytasz. Zawsze i wszędzie. – uśmiechnęłam się zaczynając biec. – Do dzieła!
Biegliśmy lasem z prędkością… ja wiem.. tygrysa(?). Mieliśmy przewagę - ona nie wiedziała, że mamy ją na celowniku. Chwilę później ściągnęłam łuk z ramienia i dałam znać Ryanowi, że się rozdzielimy, aby ją okrążyć. Wyciągnęłam zza pasa zatrutą strzałę i naciągnęłam łuk. Drzew było już coraz mniej co oznaczało, że zbliżamy się do polanki. Moje instynkty łowcze zaczęły ją wyczuwać – jej zapach, odgłos jej kopyt, jej umysł. Wybiegłam na polanę, spojrzałam na prawo, zobaczyłam zbliżającego się Ryana, pokazał mi ruchem ręki, że mam się odwrócić. Sarna wpatrywała się chwilę w nas i ruszyła z kopyta w głąb lasu, gnała tak szybko, aż rozkopywała ziemię. Od razu ruszyliśmy w pościg. Co chwilę zmieniała kierunek biegu.
- Mamy przewagę dopóki nie zmieni się w jakieś inne zwierze np. orła, wtedy będzie naprawdę kiepsko. – powiedział Ryan. – Na co czekasz?! Strzelaj!
Na co czekałam? Co to za pytanie? To przecież Ryan jest moim pomocnikiem, nie ja jego! A ja miałam plan… po co strzelać od tyłu? Przecież ona biegła w ten sposób, aby między nią , a nami były drzewa, uniemożliwiające trafienie. Oddzieliłam się od Ryana nie spoglądając na niego i pobiegłam w lewo. Chciałam znaleźć się w tej samej linii co wiedźma. Chciałam przyśpieszyć, ale to ponoć było nie możliwe z uwagi na mój ”młody wiek” jak to uważali bardziej starsi łowcy. Według mnie szesnaście lat to nie jest mało. Jestem łowcą od roku, Ryan od ośmiu miesięcy, chociaż on ma dwadzieścia jeden lat.  Po prostu ja szybciej dowiedziałam się po co właściwie się znalazłam na tym świecie. Ryan moim zdaniem uważał się za lepszego. Może chodziło mu nie o miejsce w Przymierzu, ale o to, że był po prostu ode mnie starszy o cztery lata. Jestem przekonana, że gdyby nie to, że taki był na pewno lepiej by się nam spełniało obowiązki, a po drugie może nawet zostalibyśmy przyjaciółmi. Pamiętam jak starsi zawsze niedzielą wieczorem gadali co i jak pokonali w ubiegłym tygodniu. Niedziela była jedynym dniem, kiedy się wszyscy spotykaliśmy, gdyż od następnego dnia druga grupa przejmowała łowy. Zawsze wsłuchiwałam się w to jak udawało im się wykiwać lub pokonać „kozła ofiarnego”, co pomagało mi się szybciej uczyć. Sama szłam do lasu i udawałam, że gonię wiedźmę, wilkołaka czy coś w tym stylu. Lub ćwiczyłam na królikach, albo sarnach, po prostu je goniąc. Kiedyś się dowiedziałam, że siłą woli można przyśpieszyć. Pokonać swoje granice. Zorientowałam się, że Ryan jest strasznie w tyle, a wiedźma daleko przed nami. Nie chciałam, by uciekła, może jakbym ją dogoniła to wtedy Ryan przyznał by mi jednak, że jestem lepsza od niego. Tylko jak!? Postarałam się manipulować mięśniami, a nawet czuć jak płynie przez nie krew, odnaleźć ścięgna w nogach, współgrać z ciałem i z duchem. I wtedy poczułam, jak ścięgna i mięsnie w nogach zaczynają pulsować. Udało się!!! Biegłam znacznie szybciej. Wiedźma była już tak blisko. Na nowo odzyskałam chęć do walki i nadzieję, że ją złapię. Biegłam z nią w jednej linii. Nie była już sarną. Była w swojej ludzkiej postaci. Piękna, młoda, o blond włosach i czarnych oczach kobieta, miała na sobie czerwoną suknię, która wyglądała jak z siedemnastego lub osiemnastego wieku. Chwyciłam łuk, strzałę, wymierzyłam w jej bok. I strzeliłam. Wiedźma w tej samej chwili się odwróciła w moją stronę. Zatruta strzała utkwiła w jej boku, zdawać się mogło, że zwalnia, ale nadal uparcie brnie przed siebie. Skręciła w prawo, ja nadal za nią biegłam napinając na nowo łuk. Teraz biegłam za nią. W tym samym momencie z lewej strony i z lewej wybiegło dwóch łowców z Przymierza.
- ZMIANA!!! – Krzyknął jeden. Dopiero teraz zauważyłam – słońce wschodziło, zaczęło robić się szaro. No tak – nadszedł poniedziałek. Stanęłam jak wryta w ziemię. Ciągle dochodziło do mnie, czego dokonałam. Już nie byłam tą „młodą, niedoświadczoną”, teraz już niczym nie różniłam się od starszych, no, oczywiście oprócz wieku. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Torii… jest poniedziałek… - odwróciłam się, Ryan spoglądał na mnie.
- Wiem! Nie musisz mi tego mówić! – warknęłam na niego.
- Kurde, Torii, co z tobą znowu?!
- Już nie jesteśmy na „ty”. – odwróciłam się. Miałam go dosyć. Ruszyłam w stronę najbliższego wyjścia z lasu. Tym razem nie musiałam się, że Książę Ryan mnie dogoni – byłam szybsza! Musiałam być w domu zanim mama się obudzi i się zorientuje , że nie wróciłam na noc.
Weszłam po cichu na korytarz i zamknęłam za sobą delikatnie drzwi.
- Victorio! – przestraszyłam się, po woli się odwróciłam - to była moja mama, ubrana w szlafrok z podkrążonymi oczami i rozczochranymi włosami. Było gorzej niż źle. – Całą noc na Ciebie czekam! Możesz mi powiedzieć, gdzie się podziewałaś?! Tłumacz się!
- No… ja ten… mówiłam Ci, że… nocuję u… u tej no… u Ellie. – gdybym miała więcej czasu wymyśliłabym coś bardziej oryginalnego i bardziej prawdopodobnego. – Tak, byłam u niej.
- Dziewczyno! Jest poniedziałek, siódma trzydzieści rano! Od kiedy wraca się tak późno?! I dlaczego nie wzięłaś telefonu?! Wiesz jak się martwiłam?!
- Tak, wiem zawaliłam. Po prostu się zagadałyśmy, to wszystko. 
- Codziennie widzicie się w szkole, nie wierzę, że tak długo rozmawiałyście! Daj mi do niej numer! Zadzwonię i się przekonam, czy to prawda.
- Dlaczego mi nie ufasz? – tylko to mogłam powiedzieć. Jeśli moja mama by zadzwoniła do Ellie, a ona nie potwierdziła mojej wersji wydarzeń…
- Daj ten numer! I nie dyskutuj, idź po telefon! – poszłam na górę do pokoju po telefon. Co innego mi zostało? Modliłam się tylko o to by Ellie mnie nie wkopała. Wzięłam telefon z łóżka i zbiegłam po schodach. Znalazłam numer do Ellie i dałam telefon mamie.
- Idę wziąć prysznic. – powiedziałam i poszłam do łazienki. Ostatnie co chciałam to słyszeć to jak Ellie mówi mojej mamie, że tej nocy nie byłam u niej, a ona zaczyna podejrzewać, że byłam u jakiegoś chłopaka.
Wyszłam z pod prysznica, umyłam zęby, rozczesałam włosy i ubrałam się w jeansy, czarny T-shirt i bluzę z kapturem. Poszłam do kuchni spodziewając się mamy, która patrzy na mnie z przerażeniem i zaczyna mi wmawiać, że w nocy wcale nie byłam u kumpelki z klasy. Ale cóż, raz kozie śmierć. Mama siedziała na krześle przy stole wpatrując się w mój telefon.
- I co Ci Ellie powiedziała? – zapytałam sięgając do lodówki po sok  pomarańczowy, gotowa do najgorszej z najgorszych odpowiedzi.
- Powiedziała to co ty. Ale i tak nie powinnaś wracać dopiero rano. Ale następnego razu nie będzie – od dzisiaj nigdzie nie wychodzisz. Masz dożywotni szlaban. – Ellie potwierdziła moją wersję?! Pewnie zorientowała się, że potrzebuję przykrywki. Ze szczęścia miałam ochotę skakać do sufitu, byłam jej tak wdzięczna, jak nigdy. Już nawet nie przejęłam się tym ”dożywotnim szlabanem”, który zazwyczaj trwał maksymalnie dwa tygodnie. Zjadłam śniadanie i poszłam na górę po torbę. Otworzyłam drzwi i wtedy zobaczyłam Ryana siedzącego na moim łóżku. Co on tutaj robił? Jak śmiał się jeszcze tu pokazywać? I jak w ogóle wszedł? I po co?
- Co ty tu robisz?! Wynoś się stąd! Nie chcę Ciebie widzieć! – zaczęłam na niego krzyczeć wypychając go zza okno, przez które prawdopodobnie wszedł.
- Torii, daj mi dojść do słowa! – chwycił mnie za nadgarstki. – Daj mi chwilę.
- Nie, nie, nie! Idź stąd, bo jeszcze Cię skrzywdzę. – wyrwałam ręce.
- Victoria, co to za hałasy? – usłyszałam głos mamy, szła po schodach. Spojrzeliśmy przerażeni  na siebie, gdyby mama zobaczyła by Ryana… lecz jednak on zorientował się w porę i szybko wyskoczył przez okno na dach werandy, a później na ziemię i uciekł. Szybko wyrzuciłam książki z biurka. – Victoria, co ty wyrabiasz? – mama weszła do pokoju.
- Szukam książki od biologii. – próbowałam się tłumaczyć.
-  I to jest powód, aby krzyczeć na cały dom?
- Ja zaraz muszę wyjść, a jej nie ma… jak jej nie znajdę to dostanę F! – zaczęłam na nowo grzebać po szufladach w poszukiwaniu książki.
- Victoria, może najpierw się dobrze rozejrzysz, a później będziesz jej szukać? – spojrzałam na mamę, chwyciła podręcznik od biologii, który leżał na stoliku nocnym.
- No tak, zapomniałam. Uczyłam się wczoraj. – chwyciłam podręcznik, który wepchnęłam do torby, ominęłam mamę w drzwiach i zeszłam na dół. Moja młodsza siostra jadła śniadanie w piżamie.
- Hej, Victoria! – podbiegła do mnie i się przytuliła.
- Hej, mała. Śpieszę się do szkoły, już późno. Miłego dnia. – odwzajemniłam uścisk, założyłam buty, chwyciłam smycz z kluczami i wyszłam z domu.
                                                       ***
- Powiesz mi co to za chłopak? – między mną a szafką stanęła Ellie.
- Jaki chłopak? – Ellie odsunęła się od szafki, opierając się o inną. Wyciągnęłam podręcznik od biologii i włożyłam go do szafki.
- Po co Ci podręcznik od biologii? Zresztą nie ważne. Powiesz mi? Bo przecież nie bez powodu powiedziałaś mamie, że spałaś u mnie. – teraz dopiero skojarzyłam o co jej chodzi. Tak rozmyślałam o tym, co się stało w nocy z moim ciałem i o Ryanie w moim pokoju, że zapomniałam o innych sprawach.
- Ach, o to Ci chodzi. Więc na początku muszę Ci podziękować, za to, że mnie nie wkopałaś, naprawdę jestem Ci strasznie wdzięczna. A co do tego, gdzie byłam, długa sprawa. – zamknęłam szafkę i spojrzałam w oczy Ellie.
- Nie ma za co. Opowiadaj! – znów musiałam coś wymyśleć, co chwilę musiałam wszystkich okłamywać, żeby nic nie wyszło na światło dzienne.
- No dobra. Byłam u takiego jednego, ale nic nie robiliśmy, więc nic sobie nie myśl – uśmiechnęłam się do niej – po prostu gadaliśmy, jego rodziców nie było. Mamy dużo wspólnego – ulubiona muzyka, książki, filmy… jest spoko, ale bardziej jak kumpel, nie chłopak.
- Można się dowiedzieć, jak ma na imię i ile ma lat? – dalej wypytywała.
- yyy… Ryan, ma dwadzieścia jeden lat. – wybrnęłam.
- Nie za stary?! Pięć lat różnicy?
- Czy nie za stary? Pięć lat to nie jest dużo. Są związki z różnicą wieku nawet dziesięciu lat, więc pięć…
- ”Są związki z różnicą dziesięciu lat”, właśnie teraz się przyznałaś, że jesteście razem.
- Łapiesz mnie za słówka. No dobra sama nie wiem, czy jesteśmy razem. – głupio mi było ściemniać przed Ellie, ale musiałam jej coś powiedzieć, żeby uspokoić jej podejrzenia.
- To nieźle. Chodź na lekcje. – ruszyłyśmy w stronę klasy, w której miałyśmy mieć następną lekcję. – A i jak coś to możesz mamie mówić, że idziesz do mnie, tylko wcześniej dawaj mi znać, na ile. Mam pomysł! Jak będziesz chciała do niego iść to dawaj mi swój telefon, mamy podobne głosy, więc mogłabym twojej mamie mówić, że wszystko jest OK., wiesz… jako ty. Jeśli chcesz oczywiście.
- Super pomysł. Dzięki. – uśmiechnęłam się do niej.
- Victorio Cooper. Przyjdź po dzwonku do mojego gabinetu. – przed nami stanął dyrektor szkoły. – Musimy poważnie porozmawiać. – dyrektor odwrócił się i odszedł. Spojrzałam z przerażeniem na Ellie, a ona na mnie.
- Torii, co ty zrobiłaś?! – zapytała.
- Sama chciałabym się dowiedzieć, uwierz… - i nagle rozległ się dzwonek. – Dobra, muszę lecieć na dywanik – powiedziałam do Ell i pobiegłam na górę.
Zapukałam do drzwi dyrektora.
- Proszę! – rozległ się krzyk w pomieszczeniu, wzięłam głęboki oddech i weszłam do środka. – Usiądź. – dyrektor wskazał miejsce naprzeciwko jego. Usiadłam, położyłam torbę obok krzesła i położyłam ręce na biurku. – Wiesz, dlaczego tu jesteś?
- Tak szczerze? Nie mam pojęcia.
- Więc jesteś tu z dwóch powodów. Po pierwsze zawaliłaś dwa przedmioty - chemię i biologię, a po drugie – była tu dzisiaj niejaka Mary Scott i powiedziała mi wiele ciekawych rzeczy o twoim zachowaniu poza szkolnym. Nigdy nie spodziewałbym się, że jesteś zdolna do takich rzeczy…
- Mary Scott?! – sparaliżowało mnie, gdy to usłyszałam. Mary była jedną z Przymierza. Dlaczego ona to zrobiła?! Czym jej podpadłam?! Musiałam się tego dowiedzieć. I to jak najszybciej.
- Tak, zapewne ją znasz. Ona zna Cię dość dobrze. Mogłabyś mi wytłumaczyć dlaczego tak źle się zachowujesz poza terenem szkoły? Trudno było mi uwierzyć w to co mówiła, zawsze byłaś wzorową uczennicą, a tu nagle takie wieści i do tego te niedostateczne oceny… masz jakieś problemy? Może chcesz iść na spotkanie z psychologiem szkolnym?
- Nie, dziękuję. Mary po prostu niezbyt mnie lubi, może to jest powodem tych zarzutów. Postaram się to z nią wyjaśnić. A co do ocen – nie rozumiem tych rzeczy, które teraz mamy, przyroda nie jest moją dobrą stroną.
- Hm, no dobrze wyjaśnij to z Mary. Ale moim zdaniem takich zarzutów nie wysławia się przez jakieś drobnostki. Oczekuje od Ciebie poprawy.
- Dobrze, panie dyrektorze.
- Jeśli się rozumiemy, to wszystko. Idź na zajęcia.
Nadal nie mogłam zrozumieć o co chodzi Mary. Była ona starsza ode mnie o dwa lata. Nigdy nie miałam z nią więcej do czynienia, niż „hej”, gdy mijałyśmy się w drzwiach. Dlaczego to zrobiła? Może właśnie o tym Ryan chciał mi powiedzieć rano? Że ona poszła do dyrektora, albo ma taki zamiar? Nic nie rozumiałam. Chciałam z kimś pogadać o wszystkim, ale nie miałam z kim. Nikomu nie mogłam powiedzieć, bo jakbym powiedziała to i tak nikt by nie uwierzył w bajkę o łowcach, którzy łapią wiedźmy i wilkołaki. Mogłabym pogadać z kimś z Przymierza, ale z kim? Ja i Mary byłyśmy jedynymi dziewczynami, znałam tylko kilkoro starszych – reszty nie. Miałam problemy zarówno w domu, jak i w Przymierzu. Co mam robić? Musiałam zacząć od wyjaśnienia całej sprawy z Mary, później pogadać z mamą, żeby mi trochę odpuściła, następnie dać Ryanowi do zrozumienia, że gra mi na nerwach i że mam go gdzieś, no i oczywiście wziąć się za chemię i biologię. Przez cały dzień myślałam o tym jak dogoniłam wiedźmę i pokonałam sama siebie. Ale teraz było to na ostatnim miejscu na liście moich rozmyśleń. Za bardzo sprawa z Mary mnie dręczyła. Postanowiłam po szkole iść do niej.
                                             ***
Wyszłam ze szkoły szybkim krokiem. Chciałam jak najszybciej znaleźć Mary i z nią poważnie pogadać. Byłam strasznie wkurzona.
- Victoria! Zaczekaj! – odwróciłam się i zobaczyłam jak w moją stronę biegł Jared z mojej klasy. Dobiegł do mnie zziajany i oparł ręce na kolanach.
- Sorry Jared, ale się śpieszę. Pogadamy jutro, a tak w ogóle to jestem Torii. – odwróciłam się.
- Torii, daj mi chwilkę. Tylko moment. – chwycił mnie za ramię.
- No dobrze, ale szybko.
- Nie będę owijał w bawełnę… więc chciałbym… iść z tobą na… - końcówkę powiedział tak cicho, że nie usłyszałam jej.
- Co?
- Yyy… no ja chciałbym… chciałbym zaprosić cię na bal. Chciałbym z tobą iść. – zamurowało mnie. Zapomniałam całkiem o balu, który miał odbyć się u nas w szkole. Był na niego zaproszony każdy uczeń naszej szkoły, jeśli ktoś nie miał z kim iść, mógł przyjść z kimś spoza szkoły.
- Jared… ja nie wiem, czy ja w ogóle przyjdę… no nie wiem… muszę pomyśleć, ale dzięki za propozycję. – puściłam mu oczko. – Teraz wybacz, ale naprawdę się śpieszę. Pa. – odwróciłam się i odeszłam.
Gdzie miałam szukać Mary? Jeśli nie miała z nami łowów oznaczało to, że miała je w tym tygodniu. Postanowiłam iść do naszej siedziby. Był nią dom na skraju lasu. Wisiał tam plan kto, kiedy i z kim ma dyżur. Wyciągnęłam z torby telefon i napisałam jej smsa, że zostałam na dodatkowych zajęciach i wrócę trochę później.
Biegłam lasem. Miałam nadzieję, że nikogo w siedzibie nie zastanę, zwłaszcza Mary.
Z rozmachem otworzyłam drzwi. Rozkład wisiał na zachodniej ścianie. Nikogo nie było oprócz jednego ze starszych, którego widziałam tylko kilka razy. Spojrzał się na mnie zza książki, którą czytał.
- Gratulacje. – powiedział.
- To było… yyy… do mnie? – zapytałam odwracając się w jego stronę.
- Tak. Wczoraj dokonałaś czegoś wielkiego – pokonałaś sama siebie. Zazwyczaj kilka lat od stania się łowcą pokonuje się samego siebie. Właściwie to tylko dzięki tobie ją złapaliśmy. Trafiłaś ją w żyłę i dzięki temu doszło do zakażenia krwi, a później doszła do serca. Nie sądziłem, że tak szybko się wszystkiego nauczysz i wszystko opanujesz. – powiedział wstając z fotela i uśmiechnął się do mnie.
- Ach, dziękuję. Sama byłam zaskoczona. – odwzajemniłam uśmiech.
- Tak w ogóle jestem Nick. – przedstawił się wyciągając ku mnie rękę.
- Victoria, ale wolę Torii. – uścisnęłam mu rękę. Dopiero teraz zauważyłam, że był ładny. Odwróciłam się w stronę rozpiski.
- Czego szukasz? – stanął obok mnie i oparł się o ścianę.
- Sprawdzam dyżury. – mruknęłam nie spoglądając na niego.
- Przecież w tym tygodniu nie masz. – zmarszczył brwi.
- Nie sprawdzam swoich.
- Aha, w takim razie spoko. – odszedł do małego pomieszczenia, którym była kuchnia. - Chcesz Colę? – zapytał zza drzwiczek lodówki i pomachał puszką.
- Może być. – odpowiedziałam siadając na fotelu.
Nasza siedziba była przytulnym miejscem. W salonie był duży dywan cztery fotele, plan dyżurów, okolicy, liczne obrazy, stół oraz kanapa, na jego końcu były schody prowadzące na korytarz, który było widać z salonu. Było tam kilka pokoi dla łowców, którzy tu mieszkali. Dom wyglądem przypominał hotel. Po lewej stronie schodów było wejście do kuchni, a po prawej do łazienki.
- Masz. – Nick podał mi puszkę i otworzył swoją siadając na fotelu obok mnie. – Coś cię gryzie, czy zawsze jesteś taka?
- Hm. – uśmiechnęłam się. – ostatnio ciągle mnie coś gryzie, od komarów po różne sprawy.
- Jak chcesz, to możesz mi powiedzieć. – zaproponował.
- W sumie, czemu nie. Chętnie się komuś pożalę. – I to była prawda. Chciałam się komuś wyżalić z ostatnich zdarzeń. – A tak na dobrą sprawę, nie mam nikogo, komu mogłabym się pożalić.
- A Ray? Myślałem, że jesteście…
- Nic mi o nim nie mów. – przerwałam mu w połowie zdania. Otworzyłam puszkę Coli, i zaczęłam opowiadać.
- Wow, to nieźle. Faktycznie musisz wyjaśnić to z Mary. Przyjdź dzisiaj wieczorem. Mam dzisiaj z nią łowy.
- Dzięki. – uśmiechnęłam się. Byłam wdzięczna Nickowi, że mogłam z nim pogadać. Teraz był jedyną osobą, która mnie wysłuchała, no i w sumie, której mogłam powiedzieć praktycznie wszystko, mimo to, że znałam go dopiero od chwili. – Tylko nic jej nie mów, zrobię jej niespodziankę, bardzo niemiłą, ale jednak niespodziankę.
- Ok, nie ma sprawy. Wiem, że kobiet się o takie rzeczy nie pyta, ale jeśli można – Ile masz lat?
- Szesnaście. A ty?
- Dwadzieścia jeden.
- Jesteś rówieśnikiem Ryana. – stwierdziłam.
- Rówieśnikiem?! – zapytał zaskoczony. – Chciałby. – zaśmiał się i zgniótł pustą puszkę.
- Nie rozumiem. Przecież, on ma dwadzieścia jeden lat, urodził się dziesiątego maja. Za tydzień ma dwudzieste drugie urodziny.
- Co?! Przecież on ma osiemnaście lat! Urodził się dziesiątego maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku.
- Jak? Urodził się w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim.
- Torii, jestem pewien. Miałem w rękach, jego legitymację. Zresztą nie zdziwiło Cię, że nigdy nie pił z nami piwa, tylko Colę, albo sok? – uniósł brew.
- Myślałam, że po prostu… Dobra, sama nie wiem, co myślałam. Muszę z nim pogadać. Trochę się zasiedziałam. Dzięki za pogawędkę. – uśmiechnęłam się, wstałam z fotela, wzięłam torbę i ruszyłam ku drzwi.
- Torii, przyjdziesz dzisiaj wieczorem? – zapytał stając między drzwiami, a mną.
- Raczej tak. Muszę wyjaśnić tą sprawę z Mary.
- Aha. No to… fajnie. Miło się z tobą rozmawiało.
- Z tobą też. Muszę lecieć. Do zobaczenia. – machnęłam ręką i przeszłam obok Nicka.
- Do zobaczenia… - powiedział i pomachał mi, gdy wyszłam.
Teraz pozostawało mi przyjść tutaj wieczorem i pogadać z Mary. Chciałam się dowiedzieć dlaczego Ryan twierdził, że jest starszy o trzy lata, ale z drugiej strony nie chciałam z nim rozmawiać. Pewnie teraz, gdy już nie jestem początkującą łowczynią zmienią mi towarzysza do łowów i nie będę musiała się z nim widywać.
                                                     ***
- Wróciłam! – krzyknęłam, gdy weszłam do domu kładąc torbę w korytarzu.
- Victoria! – Sara biegła przez salon do mnie.
- Hej siostra. – przytuliłam ją. – Jak tam w szkole?
- Fajnie, pani nam czytała książkę o księżniczce. – powiedziała mamrocząc niewyraźnie.
- Victoria, zostaniesz dzisiaj z Sarą. Mam nocną zmianę, dobrze? – mama schodziła po schodach.
- OK. – poszłam do kuchni z małą na rękach i wyciągnęłam z lodówki sok i nalałam do dwóch szklanek. – Masz – usadowiłam siostrę na krześle i postawiłam przed nią sok.
- Pobawisz się ze mną? Albo poczytasz mi książeczkę? – zapytała.
- Muszę odrobić lekcje. Później coś razem porobimy, zgoda?
- Zgoda. – mała pokiwała głową. Poszłam po torbę i na górę.
Nadal sprawa z Ryanem nie dawała mi spokoju. Postanowiłam mu powiedzieć, że wiem ile ma naprawdę lat. Chwyciłam telefon i wysłałam mu smsa „Przyjdź pod mój dom za godzinę, musimy poważnie pogadać”. Za czterdzieści minut moja mama jechała do pracy. Posadzę Sarę przed telewizorem, a sama wymknę się przed dom, żeby powiedzieć Ryanowi, że o wszystkim wiem. Wyciągnęłam książki i zaczęłam odrabiać lekcje, czas przestał istnieć.
- Victoria, muszę już jechać, miej oko na Sarę. – mama weszła do pokoju. Chwyciłam książkę od matematyki, pokiwałam mamie głową na zgodę i zeszłam na dół. – Kolację macie w lodówce. - powiedziała mama wychodząc. Sara dała jej całusa na dowidzenia i poszła.
Mała usiadła obok mnie i oglądała bajkę, a ja czytałam bez zrozumienia rozdział w książce. Czas leciał mi przez palce, gdy nagle mój telefon, dał mi znać, że dostałam smsa. Był on od Ryana: „ Już jestem”. Odłożyłam książkę na stół.

4 komentarze:

  1. zazdroszczę ci długości postów :o ja ostatnio nie mam weny :c

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh ;D Thx. Jednak musisz coś wiedzieć - muliłam te dwa rozdziały przez tydzień ;p
    Były dni kiedy tak się wciągnęłam, że nie mogłam się oderwać.
    Nawet nie wyszłam z psem ;D
    No, ale cóż, mogę jedynie życzyć Ci powodzonka ;p ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. wspaniały rozdział! czekam na dalsze :D
    http://variouseverything.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki ;) Niebawem się zjawi ;D
    Chętnie wpadnę ;)

    OdpowiedzUsuń