- Łap! – krzyknął Ryan rzucając w moją stronę łuk
oraz zapas strzał wsuniętych do pasa. – Dzisiaj będzie niezła zabawa!
- Nie wątpię… - odpowiedziałam sucho, przypinając
pas.
- Co Cię gryzie? – zapytał spoglądając na mnie ze
zmartwieniem.
- Dobra, nie będę
owijać w bawełnę – mamy złapać wiedźmę!
- Przecież od tego
jesteśmy. – po głosie można było poznać, że myślał, że to co mnie martwi,
będzie poważniejszą sprawą.
- Ale ona ucieka już od dawna. Wiesz ilu łowców
zabiła!? Skąd masz pewność… kto Ci powiedział, że nas to też nie spotka!?
- Teraz to pojechałaś! Od kiedy to Ci zależy na
życiu? - powiedział siadając na stole. –
A tak w ogóle.. – na powrót wstał i przysunął się szepcząc mi do ucha – jakby
ktoś dowiedział się, że… - zaczął mówić coraz ciszej – że martwisz się o swoje
życie, a nie o to, czy ta flądra dalej żyje, to po prostu… BAM!!! – Krzyknął,
tak, że aż się przestraszyłam. – I już nas tu nie ma… wylatujemy n a z b i t y
p y s k – przeliterował dokładnie akcentując każdą literkę, jakby był na
konkursie recytatorskim w przedszkolu.
- Dobra, OK. jak już mamy zginąć to już chodźmy. –
powiedziałam przekładając łuk przez ramię
- No! Wreszcie nasza Torii powróciła! Dalej ruszaj
się. – zaczął mnie wypychać za drzwi.
- Sama umiem wyjść, mam nogi! – krzyknęłam
odpychając go.
Chwilę później staliśmy we mgle, w mroku, przed
lasem, który rozciągał się w nieskończoność.
- Czujesz coś? – przerwałam ciszę.
- Tak. – zamknął oczy. – nie spodziewa się nas. Hm…
zabawne… - uśmiechnął się – chce wtopić się w tło. Zamieniła się w sarnę –
otworzył oczy i spojrzał się swoimi uroczymi szarymi oczami na mnie. – ma
czarną plamkę na prawym udzie.
- Coś jeszcze?
- Gonimy ścierwę do skutku. Sprawdź, gdzie jest.
Przytaknęłam głową, ukucnęłam i dotknęłam ręką mokrej
trawy. Tak było o wiele lepiej, widziałam znacznie więcej. Gdzieś po drzewie
biegała ruda wiewiórka, gdzieś indziej wilk polował na sarnę… przeczesałam cały
las, aż w końcu… sarna… skubiąca trawę na polanie. Spróbowałam zobaczyć ją od
strony prawej… spojrzałam na udo… i wtedy dostrzegłam… małą, czarną plamkę
odbijającą blask księżyca…
- JEST!!! –krzyknęłam podrywając się z ziemi.
- Gdzie?!
- Na południowym wschodzie, około dwadzieścia
kilometrów od nas.
- Gotowa? – zapytał Ryan kładąc rękę na moim ramieniu.
- Jeszcze się pytasz. Zawsze i wszędzie. –
uśmiechnęłam się zaczynając biec. – Do dzieła!
Biegliśmy lasem z prędkością… ja wiem.. tygrysa(?).
Mieliśmy przewagę - ona nie wiedziała, że mamy ją na celowniku. Chwilę później
ściągnęłam łuk z ramienia i dałam znać Ryanowi, że się rozdzielimy, aby ją
okrążyć. Wyciągnęłam zza pasa zatrutą strzałę i naciągnęłam łuk. Drzew było już
coraz mniej co oznaczało, że zbliżamy się do polanki. Moje instynkty łowcze
zaczęły ją wyczuwać – jej zapach, odgłos jej kopyt, jej umysł. Wybiegłam na
polanę, spojrzałam na prawo, zobaczyłam zbliżającego się Ryana, pokazał mi
ruchem ręki, że mam się odwrócić. Sarna wpatrywała się chwilę w nas i ruszyła z
kopyta w głąb lasu, gnała tak szybko, aż rozkopywała ziemię. Od razu ruszyliśmy
w pościg. Co chwilę zmieniała kierunek biegu.
- Mamy przewagę dopóki nie zmieni się w jakieś inne
zwierze np. orła, wtedy będzie naprawdę kiepsko. – powiedział Ryan. – Na co
czekasz?! Strzelaj!
Na co czekałam? Co to za pytanie? To przecież Ryan
jest moim pomocnikiem, nie ja jego! A ja miałam plan… po co strzelać od tyłu?
Przecież ona biegła w ten sposób, aby między nią , a nami były drzewa,
uniemożliwiające trafienie. Oddzieliłam się od Ryana nie spoglądając na niego i
pobiegłam w lewo. Chciałam znaleźć się w tej samej linii co wiedźma. Chciałam
przyśpieszyć, ale to ponoć było nie możliwe z uwagi na mój ”młody wiek” jak to
uważali bardziej starsi łowcy. Według mnie szesnaście lat to nie jest mało. Jestem
łowcą od roku, Ryan od ośmiu miesięcy, chociaż on ma dwadzieścia jeden lat. Po prostu ja szybciej dowiedziałam się po co
właściwie się znalazłam na tym świecie. Ryan moim zdaniem uważał się za
lepszego. Może chodziło mu nie o miejsce w Przymierzu, ale o to, że był po
prostu ode mnie starszy o cztery lata. Jestem przekonana, że gdyby nie to, że
taki był na pewno lepiej by się nam spełniało obowiązki, a po drugie może nawet
zostalibyśmy przyjaciółmi. Pamiętam jak starsi zawsze niedzielą wieczorem
gadali co i jak pokonali w ubiegłym tygodniu. Niedziela była jedynym dniem,
kiedy się wszyscy spotykaliśmy, gdyż od następnego dnia druga grupa przejmowała
łowy. Zawsze wsłuchiwałam się w to jak udawało im się wykiwać lub pokonać
„kozła ofiarnego”, co pomagało mi się szybciej uczyć. Sama szłam do lasu i
udawałam, że gonię wiedźmę, wilkołaka czy coś w tym stylu. Lub ćwiczyłam na
królikach, albo sarnach, po prostu je goniąc. Kiedyś się dowiedziałam, że siłą
woli można przyśpieszyć. Pokonać swoje granice. Zorientowałam się, że Ryan jest
strasznie w tyle, a wiedźma daleko przed nami. Nie chciałam, by uciekła, może jakbym
ją dogoniła to wtedy Ryan przyznał by mi jednak, że jestem lepsza od niego. Tylko
jak!? Postarałam się manipulować mięśniami, a nawet czuć jak płynie przez nie
krew, odnaleźć ścięgna w nogach, współgrać z ciałem i z duchem. I wtedy
poczułam, jak ścięgna i mięsnie w nogach zaczynają pulsować. Udało się!!!
Biegłam znacznie szybciej. Wiedźma była już tak blisko. Na nowo odzyskałam chęć
do walki i nadzieję, że ją złapię. Biegłam z nią w jednej linii. Nie była już
sarną. Była w swojej ludzkiej postaci. Piękna, młoda, o blond włosach i
czarnych oczach kobieta, miała na sobie czerwoną suknię, która wyglądała jak z
siedemnastego lub osiemnastego wieku. Chwyciłam łuk, strzałę, wymierzyłam w jej
bok. I strzeliłam. Wiedźma w tej samej chwili się odwróciła w moją stronę.
Zatruta strzała utkwiła w jej boku, zdawać się mogło, że zwalnia, ale nadal
uparcie brnie przed siebie. Skręciła w prawo, ja nadal za nią biegłam napinając
na nowo łuk. Teraz biegłam za nią. W tym samym momencie z lewej strony i z
lewej wybiegło dwóch łowców z Przymierza.
- ZMIANA!!! – Krzyknął jeden. Dopiero teraz
zauważyłam – słońce wschodziło, zaczęło robić się szaro. No tak – nadszedł
poniedziałek. Stanęłam jak wryta w ziemię. Ciągle dochodziło do mnie, czego
dokonałam. Już nie byłam tą „młodą, niedoświadczoną”, teraz już niczym nie
różniłam się od starszych, no, oczywiście oprócz wieku. Uśmiechnęłam się sama
do siebie.
- Torii… jest poniedziałek… - odwróciłam się, Ryan
spoglądał na mnie.
- Wiem! Nie musisz mi tego mówić! – warknęłam na
niego.
- Kurde, Torii, co z tobą znowu?!
- Już nie jesteśmy na „ty”. – odwróciłam się. Miałam
go dosyć. Ruszyłam w stronę najbliższego wyjścia z lasu. Tym razem nie musiałam
się, że Książę Ryan mnie dogoni – byłam szybsza! Musiałam być w domu zanim mama
się obudzi i się zorientuje , że nie wróciłam na noc.
Weszłam po cichu na korytarz i zamknęłam za sobą
delikatnie drzwi.
- Victorio! – przestraszyłam się, po woli się
odwróciłam - to była moja mama, ubrana w szlafrok z podkrążonymi oczami i
rozczochranymi włosami. Było gorzej niż źle. – Całą noc na Ciebie czekam!
Możesz mi powiedzieć, gdzie się podziewałaś?! Tłumacz się!
- No… ja ten… mówiłam Ci, że… nocuję u… u tej no… u
Ellie. – gdybym miała więcej czasu wymyśliłabym coś bardziej oryginalnego i
bardziej prawdopodobnego. – Tak, byłam u niej.
- Dziewczyno! Jest poniedziałek, siódma trzydzieści rano!
Od kiedy wraca się tak późno?! I dlaczego nie wzięłaś telefonu?! Wiesz jak się
martwiłam?!
- Tak, wiem zawaliłam. Po prostu się zagadałyśmy, to
wszystko.
- Codziennie widzicie się w szkole, nie wierzę, że
tak długo rozmawiałyście! Daj mi do niej numer! Zadzwonię i się przekonam, czy
to prawda.
- Dlaczego mi nie ufasz? – tylko to mogłam
powiedzieć. Jeśli moja mama by zadzwoniła do Ellie, a ona nie potwierdziła
mojej wersji wydarzeń…
- Daj ten numer! I nie dyskutuj, idź po telefon! –
poszłam na górę do pokoju po telefon. Co innego mi zostało? Modliłam się tylko
o to by Ellie mnie nie wkopała. Wzięłam telefon z łóżka i zbiegłam po schodach.
Znalazłam numer do Ellie i dałam telefon mamie.
- Idę wziąć prysznic. – powiedziałam i poszłam do
łazienki. Ostatnie co chciałam to słyszeć to jak Ellie mówi mojej mamie, że tej
nocy nie byłam u niej, a ona zaczyna podejrzewać, że byłam u jakiegoś chłopaka.
Wyszłam z pod prysznica, umyłam zęby, rozczesałam
włosy i ubrałam się w jeansy, czarny T-shirt i bluzę z kapturem. Poszłam do
kuchni spodziewając się mamy, która patrzy na mnie z przerażeniem i zaczyna mi
wmawiać, że w nocy wcale nie byłam u kumpelki z klasy. Ale cóż, raz kozie
śmierć. Mama siedziała na krześle przy stole wpatrując się w mój telefon.
- I co Ci Ellie powiedziała? – zapytałam sięgając do
lodówki po sok pomarańczowy, gotowa do
najgorszej z najgorszych odpowiedzi.
- Powiedziała to co ty. Ale i tak nie powinnaś
wracać dopiero rano. Ale następnego razu nie będzie – od dzisiaj nigdzie nie
wychodzisz. Masz dożywotni szlaban. – Ellie potwierdziła moją wersję?! Pewnie
zorientowała się, że potrzebuję przykrywki. Ze szczęścia miałam ochotę skakać
do sufitu, byłam jej tak wdzięczna, jak nigdy. Już nawet nie przejęłam się tym
”dożywotnim szlabanem”, który zazwyczaj trwał maksymalnie dwa tygodnie. Zjadłam
śniadanie i poszłam na górę po torbę. Otworzyłam drzwi i wtedy zobaczyłam Ryana
siedzącego na moim łóżku. Co on tutaj robił? Jak śmiał się jeszcze tu
pokazywać? I jak w ogóle wszedł? I po co?
- Co ty tu robisz?! Wynoś się stąd! Nie chcę Ciebie
widzieć! – zaczęłam na niego krzyczeć wypychając go zza okno, przez które
prawdopodobnie wszedł.
- Torii, daj mi dojść do słowa! – chwycił mnie za
nadgarstki. – Daj mi chwilę.
- Nie, nie, nie! Idź stąd, bo jeszcze Cię skrzywdzę.
– wyrwałam ręce.
- Victoria, co to za hałasy? – usłyszałam głos mamy,
szła po schodach. Spojrzeliśmy przerażeni
na siebie, gdyby mama zobaczyła by Ryana… lecz jednak on zorientował się
w porę i szybko wyskoczył przez okno na dach werandy, a później na ziemię i
uciekł. Szybko wyrzuciłam książki z biurka. – Victoria, co ty wyrabiasz? – mama
weszła do pokoju.
- Szukam książki od biologii. – próbowałam się
tłumaczyć.
- I to jest
powód, aby krzyczeć na cały dom?
- Ja zaraz muszę wyjść, a jej nie ma… jak jej nie
znajdę to dostanę F! – zaczęłam na nowo grzebać po szufladach w poszukiwaniu
książki.
- Victoria, może najpierw się dobrze rozejrzysz, a
później będziesz jej szukać? – spojrzałam na mamę, chwyciła podręcznik od
biologii, który leżał na stoliku nocnym.
- No tak, zapomniałam. Uczyłam się wczoraj. –
chwyciłam podręcznik, który wepchnęłam do torby, ominęłam mamę w drzwiach i
zeszłam na dół. Moja młodsza siostra jadła śniadanie w piżamie.
- Hej, Victoria! – podbiegła do mnie i się
przytuliła.
- Hej, mała. Śpieszę się do szkoły, już późno.
Miłego dnia. – odwzajemniłam uścisk, założyłam buty, chwyciłam smycz z kluczami
i wyszłam z domu.
***
- Powiesz mi co to za chłopak? – między mną a szafką
stanęła Ellie.
- Jaki chłopak? – Ellie odsunęła się od szafki,
opierając się o inną. Wyciągnęłam podręcznik od biologii i włożyłam go do
szafki.
- Po co Ci podręcznik od biologii? Zresztą nie
ważne. Powiesz mi? Bo przecież nie bez powodu powiedziałaś mamie, że spałaś u
mnie. – teraz dopiero skojarzyłam o co jej chodzi. Tak rozmyślałam o tym, co
się stało w nocy z moim ciałem i o Ryanie w moim pokoju, że zapomniałam o
innych sprawach.
- Ach, o to Ci chodzi. Więc na początku muszę Ci
podziękować, za to, że mnie nie wkopałaś, naprawdę jestem Ci strasznie
wdzięczna. A co do tego, gdzie byłam, długa sprawa. – zamknęłam szafkę i spojrzałam
w oczy Ellie.
- Nie ma za co. Opowiadaj! – znów musiałam coś
wymyśleć, co chwilę musiałam wszystkich okłamywać, żeby nic nie wyszło na
światło dzienne.
- No dobra. Byłam u takiego jednego, ale nic nie
robiliśmy, więc nic sobie nie myśl – uśmiechnęłam się do niej – po prostu
gadaliśmy, jego rodziców nie było. Mamy dużo wspólnego – ulubiona muzyka,
książki, filmy… jest spoko, ale bardziej jak kumpel, nie chłopak.
- Można się dowiedzieć, jak ma na imię i ile ma lat?
– dalej wypytywała.
- yyy… Ryan, ma dwadzieścia jeden lat. – wybrnęłam.
- Nie za stary?! Pięć lat różnicy?
- Czy nie za stary? Pięć lat to nie jest dużo. Są
związki z różnicą wieku nawet dziesięciu lat, więc pięć…
- ”Są związki z różnicą dziesięciu lat”, właśnie
teraz się przyznałaś, że jesteście razem.
- Łapiesz mnie za słówka. No dobra sama nie wiem,
czy jesteśmy razem. – głupio mi było ściemniać przed Ellie, ale musiałam jej
coś powiedzieć, żeby uspokoić jej podejrzenia.
- To nieźle. Chodź na lekcje. – ruszyłyśmy w stronę
klasy, w której miałyśmy mieć następną lekcję. – A i jak coś to możesz mamie
mówić, że idziesz do mnie, tylko wcześniej dawaj mi znać, na ile. Mam pomysł!
Jak będziesz chciała do niego iść to dawaj mi swój telefon, mamy podobne głosy,
więc mogłabym twojej mamie mówić, że wszystko jest OK., wiesz… jako ty. Jeśli
chcesz oczywiście.
- Super pomysł. Dzięki. – uśmiechnęłam się do niej.
- Victorio Cooper. Przyjdź po dzwonku do mojego
gabinetu. – przed nami stanął dyrektor szkoły. – Musimy poważnie porozmawiać. –
dyrektor odwrócił się i odszedł. Spojrzałam z przerażeniem na Ellie, a ona na
mnie.
- Torii, co ty zrobiłaś?! – zapytała.
- Sama chciałabym się dowiedzieć, uwierz… - i nagle
rozległ się dzwonek. – Dobra, muszę lecieć na dywanik – powiedziałam do Ell i
pobiegłam na górę.
Zapukałam do drzwi dyrektora.
- Proszę! – rozległ się krzyk w pomieszczeniu,
wzięłam głęboki oddech i weszłam do środka. – Usiądź. – dyrektor wskazał
miejsce naprzeciwko jego. Usiadłam, położyłam torbę obok krzesła i położyłam
ręce na biurku. – Wiesz, dlaczego tu jesteś?
- Tak szczerze? Nie mam pojęcia.
- Więc jesteś tu z dwóch powodów. Po pierwsze
zawaliłaś dwa przedmioty - chemię i biologię, a po drugie – była tu dzisiaj
niejaka Mary Scott i powiedziała mi wiele ciekawych rzeczy o twoim zachowaniu poza
szkolnym. Nigdy nie spodziewałbym się, że jesteś zdolna do takich rzeczy…
- Mary Scott?! – sparaliżowało mnie, gdy to
usłyszałam. Mary była jedną z Przymierza. Dlaczego ona to zrobiła?! Czym jej
podpadłam?! Musiałam się tego dowiedzieć. I to jak najszybciej.
- Tak, zapewne ją znasz. Ona zna Cię dość dobrze.
Mogłabyś mi wytłumaczyć dlaczego tak źle się zachowujesz poza terenem szkoły?
Trudno było mi uwierzyć w to co mówiła, zawsze byłaś wzorową uczennicą, a tu
nagle takie wieści i do tego te niedostateczne oceny… masz jakieś problemy?
Może chcesz iść na spotkanie z psychologiem szkolnym?
- Nie, dziękuję. Mary po prostu niezbyt mnie lubi,
może to jest powodem tych zarzutów. Postaram się to z nią wyjaśnić. A co do
ocen – nie rozumiem tych rzeczy, które teraz mamy, przyroda nie jest moją dobrą
stroną.
- Hm, no dobrze wyjaśnij to z Mary. Ale moim zdaniem
takich zarzutów nie wysławia się przez jakieś drobnostki. Oczekuje od Ciebie
poprawy.
- Dobrze, panie dyrektorze.
- Jeśli się rozumiemy, to wszystko. Idź na zajęcia.
Nadal nie mogłam zrozumieć o co chodzi Mary. Była
ona starsza ode mnie o dwa lata. Nigdy nie miałam z nią więcej do czynienia,
niż „hej”, gdy mijałyśmy się w drzwiach. Dlaczego to zrobiła? Może właśnie o
tym Ryan chciał mi powiedzieć rano? Że ona poszła do dyrektora, albo ma taki
zamiar? Nic nie rozumiałam. Chciałam z kimś pogadać o wszystkim, ale nie miałam
z kim. Nikomu nie mogłam powiedzieć, bo jakbym powiedziała to i tak nikt by nie
uwierzył w bajkę o łowcach, którzy łapią wiedźmy i wilkołaki. Mogłabym pogadać
z kimś z Przymierza, ale z kim? Ja i Mary byłyśmy jedynymi dziewczynami, znałam
tylko kilkoro starszych – reszty nie. Miałam problemy zarówno w domu, jak i w
Przymierzu. Co mam robić? Musiałam zacząć od wyjaśnienia całej sprawy z Mary, później
pogadać z mamą, żeby mi trochę odpuściła, następnie dać Ryanowi do zrozumienia,
że gra mi na nerwach i że mam go gdzieś, no i oczywiście wziąć się za chemię i
biologię. Przez cały dzień myślałam o tym jak dogoniłam wiedźmę i pokonałam
sama siebie. Ale teraz było to na ostatnim miejscu na liście moich rozmyśleń.
Za bardzo sprawa z Mary mnie dręczyła. Postanowiłam po szkole iść do niej.
***
Wyszłam ze szkoły szybkim krokiem. Chciałam jak
najszybciej znaleźć Mary i z nią poważnie pogadać. Byłam strasznie wkurzona.
- Victoria! Zaczekaj! – odwróciłam się i zobaczyłam
jak w moją stronę biegł Jared z mojej klasy. Dobiegł do mnie zziajany i oparł
ręce na kolanach.
- Sorry Jared, ale się śpieszę. Pogadamy jutro, a
tak w ogóle to jestem Torii. – odwróciłam się.
- Torii, daj mi chwilkę. Tylko moment. – chwycił
mnie za ramię.
- No dobrze, ale szybko.
- Nie będę owijał w bawełnę… więc chciałbym… iść z
tobą na… - końcówkę powiedział tak cicho, że nie usłyszałam jej.
- Co?
- Yyy… no ja chciałbym… chciałbym zaprosić cię na
bal. Chciałbym z tobą iść. – zamurowało mnie. Zapomniałam całkiem o balu, który
miał odbyć się u nas w szkole. Był na niego zaproszony każdy uczeń naszej
szkoły, jeśli ktoś nie miał z kim iść, mógł przyjść z kimś spoza szkoły.
- Jared… ja nie wiem, czy ja w ogóle przyjdę… no nie
wiem… muszę pomyśleć, ale dzięki za propozycję. – puściłam mu oczko. – Teraz
wybacz, ale naprawdę się śpieszę. Pa. – odwróciłam się i odeszłam.
Gdzie miałam szukać Mary? Jeśli nie miała z nami
łowów oznaczało to, że miała je w tym tygodniu. Postanowiłam iść do naszej
siedziby. Był nią dom na skraju lasu. Wisiał tam plan kto, kiedy i z kim ma
dyżur. Wyciągnęłam z torby telefon i napisałam jej smsa, że zostałam na
dodatkowych zajęciach i wrócę trochę później.
Biegłam lasem. Miałam nadzieję, że nikogo w
siedzibie nie zastanę, zwłaszcza Mary.
Z rozmachem otworzyłam drzwi. Rozkład wisiał na
zachodniej ścianie. Nikogo nie było oprócz jednego ze starszych, którego
widziałam tylko kilka razy. Spojrzał się na mnie zza książki, którą czytał.
- Gratulacje. – powiedział.
- To było… yyy… do mnie? – zapytałam odwracając się
w jego stronę.
- Tak. Wczoraj dokonałaś czegoś wielkiego –
pokonałaś sama siebie. Zazwyczaj kilka lat od stania się łowcą pokonuje się
samego siebie. Właściwie to tylko dzięki tobie ją złapaliśmy. Trafiłaś ją w
żyłę i dzięki temu doszło do zakażenia krwi, a później doszła do serca. Nie
sądziłem, że tak szybko się wszystkiego nauczysz i wszystko opanujesz. –
powiedział wstając z fotela i uśmiechnął się do mnie.
- Ach, dziękuję. Sama byłam zaskoczona. –
odwzajemniłam uśmiech.
- Tak w ogóle jestem Nick. – przedstawił się
wyciągając ku mnie rękę.
- Victoria, ale wolę Torii. – uścisnęłam mu rękę.
Dopiero teraz zauważyłam, że był ładny. Odwróciłam się w stronę rozpiski.
- Czego szukasz? – stanął obok mnie i oparł się o
ścianę.
- Sprawdzam dyżury. – mruknęłam nie spoglądając na
niego.
- Przecież w tym tygodniu nie masz. – zmarszczył
brwi.
- Nie sprawdzam swoich.
- Aha, w takim razie spoko. – odszedł do małego
pomieszczenia, którym była kuchnia. - Chcesz Colę? – zapytał zza drzwiczek
lodówki i pomachał puszką.
- Może być. – odpowiedziałam siadając na fotelu.
Nasza siedziba była przytulnym miejscem. W salonie
był duży dywan cztery fotele, plan dyżurów, okolicy, liczne obrazy, stół oraz
kanapa, na jego końcu były schody prowadzące na korytarz, który było widać z
salonu. Było tam kilka pokoi dla łowców, którzy tu mieszkali. Dom wyglądem
przypominał hotel. Po lewej stronie schodów było wejście do kuchni, a po prawej
do łazienki.
- Masz. – Nick podał mi puszkę i otworzył swoją
siadając na fotelu obok mnie. – Coś cię gryzie, czy zawsze jesteś taka?
- Hm. – uśmiechnęłam się. – ostatnio ciągle mnie coś
gryzie, od komarów po różne sprawy.
- Jak chcesz, to możesz mi powiedzieć. –
zaproponował.
- W sumie, czemu nie. Chętnie się komuś pożalę. – I
to była prawda. Chciałam się komuś wyżalić z ostatnich zdarzeń. – A tak na
dobrą sprawę, nie mam nikogo, komu mogłabym się pożalić.
- A Ray? Myślałem, że jesteście…
- Nic mi o nim nie mów. – przerwałam mu w połowie
zdania. Otworzyłam puszkę Coli, i zaczęłam opowiadać.
- Wow, to nieźle. Faktycznie musisz wyjaśnić to z
Mary. Przyjdź dzisiaj wieczorem. Mam dzisiaj z nią łowy.
- Dzięki. – uśmiechnęłam się. Byłam wdzięczna
Nickowi, że mogłam z nim pogadać. Teraz był jedyną osobą, która mnie
wysłuchała, no i w sumie, której mogłam powiedzieć praktycznie wszystko, mimo
to, że znałam go dopiero od chwili. – Tylko nic jej nie mów, zrobię jej
niespodziankę, bardzo niemiłą, ale jednak niespodziankę.
- Ok, nie ma sprawy. Wiem, że kobiet się o takie
rzeczy nie pyta, ale jeśli można – Ile masz lat?
- Szesnaście. A ty?
- Dwadzieścia jeden.
- Jesteś rówieśnikiem Ryana. – stwierdziłam.
- Rówieśnikiem?! – zapytał zaskoczony. – Chciałby. –
zaśmiał się i zgniótł pustą puszkę.
- Nie rozumiem. Przecież, on ma dwadzieścia jeden
lat, urodził się dziesiątego maja. Za tydzień ma dwudzieste drugie urodziny.
- Co?! Przecież on ma osiemnaście lat! Urodził się
dziesiątego maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku.
- Jak? Urodził się w tysiąc dziewięćset
dziewięćdziesiątym trzecim.
- Torii, jestem pewien. Miałem w rękach, jego
legitymację. Zresztą nie zdziwiło Cię, że nigdy nie pił z nami piwa, tylko
Colę, albo sok? – uniósł brew.
- Myślałam, że po prostu… Dobra, sama nie wiem, co
myślałam. Muszę z nim pogadać. Trochę się zasiedziałam. Dzięki za pogawędkę. –
uśmiechnęłam się, wstałam z fotela, wzięłam torbę i ruszyłam ku drzwi.
- Torii, przyjdziesz dzisiaj wieczorem? – zapytał
stając między drzwiami, a mną.
- Raczej tak. Muszę wyjaśnić tą sprawę z Mary.
- Aha. No to… fajnie. Miło się z tobą rozmawiało.
- Z tobą też. Muszę lecieć. Do zobaczenia. –
machnęłam ręką i przeszłam obok Nicka.
- Do zobaczenia… - powiedział i pomachał mi, gdy
wyszłam.
Teraz pozostawało mi przyjść tutaj wieczorem i
pogadać z Mary. Chciałam się dowiedzieć dlaczego Ryan twierdził, że jest
starszy o trzy lata, ale z drugiej strony nie chciałam z nim rozmawiać. Pewnie
teraz, gdy już nie jestem początkującą łowczynią zmienią mi towarzysza do łowów
i nie będę musiała się z nim widywać.
***
- Wróciłam! – krzyknęłam, gdy weszłam do domu kładąc
torbę w korytarzu.
- Victoria! – Sara biegła przez salon do mnie.
- Hej siostra. – przytuliłam ją. – Jak tam w szkole?
- Fajnie, pani nam czytała książkę o księżniczce. –
powiedziała mamrocząc niewyraźnie.
- Victoria, zostaniesz dzisiaj z Sarą. Mam nocną
zmianę, dobrze? – mama schodziła po schodach.
- OK. – poszłam do kuchni z małą na rękach i
wyciągnęłam z lodówki sok i nalałam do dwóch szklanek. – Masz – usadowiłam
siostrę na krześle i postawiłam przed nią sok.
- Pobawisz się ze mną? Albo poczytasz mi książeczkę?
– zapytała.
- Muszę odrobić lekcje. Później coś razem porobimy,
zgoda?
- Zgoda. – mała pokiwała głową. Poszłam po torbę i
na górę.
Nadal sprawa z Ryanem nie dawała mi spokoju.
Postanowiłam mu powiedzieć, że wiem ile ma naprawdę lat. Chwyciłam telefon i
wysłałam mu smsa „Przyjdź pod mój dom za godzinę, musimy poważnie pogadać”. Za
czterdzieści minut moja mama jechała do pracy. Posadzę Sarę przed telewizorem,
a sama wymknę się przed dom, żeby powiedzieć Ryanowi, że o wszystkim wiem.
Wyciągnęłam książki i zaczęłam odrabiać lekcje, czas przestał istnieć.
- Victoria, muszę już jechać, miej oko na Sarę. –
mama weszła do pokoju. Chwyciłam książkę od matematyki, pokiwałam mamie głową
na zgodę i zeszłam na dół. – Kolację macie w lodówce. - powiedziała mama
wychodząc. Sara dała jej całusa na dowidzenia i poszła.
Mała usiadła obok mnie i oglądała bajkę, a ja
czytałam bez zrozumienia rozdział w książce. Czas leciał mi przez palce, gdy
nagle mój telefon, dał mi znać, że dostałam smsa. Był on od Ryana: „ Już
jestem”. Odłożyłam książkę na stół.
zazdroszczę ci długości postów :o ja ostatnio nie mam weny :c
OdpowiedzUsuńHeh ;D Thx. Jednak musisz coś wiedzieć - muliłam te dwa rozdziały przez tydzień ;p
OdpowiedzUsuńByły dni kiedy tak się wciągnęłam, że nie mogłam się oderwać.
Nawet nie wyszłam z psem ;D
No, ale cóż, mogę jedynie życzyć Ci powodzonka ;p ;D
wspaniały rozdział! czekam na dalsze :D
OdpowiedzUsuńhttp://variouseverything.blogspot.com/
Dzięki ;) Niebawem się zjawi ;D
OdpowiedzUsuńChętnie wpadnę ;)